
Everton na krawędzi: Moyes i Friedkinowie w pułapce ostatnich szans
Kibice Evertonu mogą mieć wrażenie, że historia zatacza krąg. Blisko rocznicy przeprowadzki na Hill Dickinson Stadium narasta niepokój nad rzeką Mersey. Przenosiny na Bramley-Moore Dock miały być impulsem do odrodzenia klubu, który od 31 lat nie zdobył trofeum. Zamiast tego Toffees znów balansują na granicy kryzysu.
David Moyes, który wrócił na Goodison 19 miesięcy temu, miał dokończyć dzieło rozpoczęte podczas swojej pierwszej kadencji. Pierwsza pełna runda pod jego wodzą przyniosła mieszane rezultaty – po dobrej passie na finiszu pojawiły się nadzieje na Europę, które rozwiały się po porażce z Liverpoolem. W ostatnich sześciu kolejkach Everton zdobył zaledwie dwa punkty.
Latem klub wydaje się powtarzać stare błędy. Dwa z trzech nowych nabytków – Merlin Rohl i Tyrique George – kosztowały łącznie 36 milionów funtów, choć wcześniej grali na wypożyczeniu. Problemy kadrowe są głębsze: brak prawego obrońcy po kontuzjach Seamus’a Colemana, odejście Idrissy Gueye oraz kontuzja Jamesa Garnera. Wątpliwości budzi przyszłość Ilimana Ndiaye, łączonego z Al-Hilal.
Właściciele z The Friedkin Group, którzy zarządzają też AS Romą, są krytykowani za brak zaangażowania – Dan Friedkin nie pojawił się jeszcze na meczu Evertonu. Bez dyrektora sportowego i z kontraktem Moyesa kończącym się za rok, klub ryzykuje utratę ostatniej szansy na powrót do elity angielskiej piłki.



